Długo musieliśmy czekać na ten przełomowy moment, ale ostatecznie z pewnością warto było uzbroić się w anielską cierpliwość. Wydarzenia z Lord of Hatred startują dokładnie w tym samym miejscu, w którym z wypiekami na twarzy pożegnaliśmy historię w rozszerzeniu Vessel of Hatred. Neyrelle nadal walczy z potężnymi demonami własnej przeszłości i za wszelką cenę próbuje okiełznać Mefisto.
Oczywiście – jak to w ponurym świecie Sanktuarium zazwyczaj bywa – cały ciężar ostatecznego ratowania tego rozpadającego się uniwersum ponownie spada bezpośrednio na nasze barki. Recenzenci z całego świata, w tym najbardziej wymagający rodzimi gracze, głośno podkreślają jedno: Blizzard ostatecznie wyciągnął właściwe wnioski ze swoich poprzednich potknięć i wysłuchał społeczności. Kampania fabularna wreszcie nie sprawia wrażenia urwanej brutalnie w najciekawszym momencie.
Zamiast tego gracze otrzymują w pełni satysfakcjonujący, mroczny finał, który równocześnie genialnie otwiera nową furtkę do kolejnych intrygujących rozdziałów. Nowa lokacja, czyli przerażające, porośnięte dżunglą i usiane starożytnymi ruinami Skovos, absolutnie zachwyca niesamowitym, bardzo niepokojącym klimatem.
Czarnoksiężnik jako absolutna rewolucja na polach bitew
Najjaśniejszą gwiazdą tegorocznej premiery jest jednak bez najmniejszych wątpliwości nowa klasa postaci – Czarnoksiężnik, znany szerzej weteranom jako Warlock. Jeżeli obawialiście się do bólu nudnego stania w bezpiecznej odległości, podczas gdy przyzwane demony odwalają za was całą czarną robotę, przygotujcie się na spory szok.
W najnowszym dodatku ta konkretna profesja wymusza wyjątkowo agresywny i wysoce aktywny styl walki w zwarciu. Przyzywane sługusy, spektakularne wybuchy oraz krwawe rytuały przeplatają się nieustannie w jednym wielkim chaosie na ekranie.
Eksperci i krytycy branżowi są w pełni zgodni, że to obecnie najbardziej widowiskowa oraz najdynamiczniejsza klasa, jaka kiedykolwiek zawitała na serwery gry. Walka z piekielnymi pomiotami wręcz wre od samego początku, a gracze chwalą wybornie zaprojektowane drzewko umiejętności, dające olbrzymią swobodę tworzenia buildów.
Ile kosztuje bilet powrotny do piekła?
Kwietniowy debiut najnowszego dodatku gładko wpisuje się w tradycyjną, dość przewidywalną politykę cenową amerykańskiego wydawcy. Za standardową cyfrową edycję gry na wiodących platformach zapłacimy w naszym kraju około 170 złotych. Zrozumiałe jest, że na rynku dostępne są także znacznie bogatsze pakiety specjalne, które ze względu na ekskluzywne wierzchowce i elitarne przepustki potrafią uszczuplić polski portfel o grubo ponad 350 złotych.
Niezależnie od wybranej przez gracza wersji, warto wyraźnie pochwalić fantastyczną rodzimą lokalizację. Ostra jak brzytwa polska wersja kinowa z wybornymi napisami idealnie buduje gęstą atmosferę grozy i beznadziei.
Werdykt ostateczny – czy to naprawdę wielki przełom?
Zarówno zagraniczne portale technologiczne, jak i polskie serwisy dla entuzjastów wirtualnej rozrywki wprost pękają w szwach od niezwykle pozytywnych i entuzjastycznych opinii. Globalne oceny stanowią najlepszy dowód na to, że utalentowani twórcy po długich miesiącach poszukiwań odnaleźli wreszcie właściwą ścieżkę dla swojej flagowej marki.
Poprawiono frustrujący dotąd system zdobywania rzadkich łupów, solidnie dopieszczono wymagającą rozgrywkę dla zaawansowanych zawodników (endgame) i w pełni wyeliminowano najbardziej irytujące błędy techniczne. Powyższe usprawnienia bez cienia wątpliwości sprawiają, że Diablo 4 przeżywa właśnie swoją drugą, niezwykle imponującą młodość. Krótko mówiąc: jeśli kiedykolwiek rozważaliście ponowny zstęp do brutalnego Sanktuarium, lepszej i bardziej dopracowanej okazji szybko nie znajdziecie.

