Internet satelitarny właśnie przestaje być kompromisem, a staje się rynkowym potworem. Firma Elona Muska oficjalnie przesuwa granice technologicznych możliwości, zapowiadając wprowadzenie gigabitowych prędkości pobierania.
To bez wątpienia rewolucja, na którą wielu z nas czekało, ale jak to zwykle bywa z nowinkami technologicznymi – na początku trzeba będzie za nią słono zapłacić. Kosmiczny internet drastycznie przyspiesza, ale czy Twój portfel jest na to gotowy?
Kto pierwszy poczuje gigabitową moc?
Na debiut ekstremalnie szybkich łączy nie będziemy musieli długo czekać, jednak z początku gigabit nie trafi pod polskie strzechy ani do domków na Mazurach. Pierwszymi szczęśliwcami, którzy już wkrótce doświadczą transferów rzędu 1 Gbps, będą wyłącznie klienci usługi Business Maritime. Mowa tu głównie o użytkownikach luksusowych jachtów i ogromnych statków komercyjnych, którzy już wcześniej zainwestowali w topowy sprzęt.

Warunkiem koniecznym jest posiadanie terminala Performance Gen 3, który w przeliczeniu na naszą walutę kosztuje niemal 8000 złotych, oraz opłacanie abonamentu rzędu minimum 1000 złotych miesięcznie za najniższy pakiet danych.
Zgodnie z najnowszymi zapowiedziami, użytkownicy ci mogą spodziewać się podwojenia dotychczasowych prędkości już pod koniec grudnia tego roku. Z drugiej strony, w parze z tą fenomenalną przepustowością najprawdopodobniej pójdą również podwyżki miesięcznych rachunków.
Warto w tym miejscu zauważyć, że standardowy zestaw Starlink, który na polskim rynku możemy nabyć za około 1400 złotych, oferuje obecnie zbliżone parametry do wyjściowych osiągów wersji Performance, ale niestety nie ma w najbliższym czasie perspektywy na tak imponującą gigabitową aktualizację.
Kiedy nowa technologia trafi na stały ląd?
Jeśli prowadzisz firmę stacjonarną, chociażby w Bieszczadach, i marzysz o gigabicie prosto z kosmosu, musisz uzbroić się w cierpliwość. Dla klientów biznesowych funkcjonujących na stałym lądzie tak wysokie prędkości zostaną udostępnione dopiero w 2027 roku. Taki harmonogram nie jest dziełem przypadku, ponieważ wszystko zależy od tempa wdrażania nowej generacji satelitów, które stanowią absolutny fundament tej rynkowej rewolucji.
Przeskok z dotychczasowych 475 Mbps pobierania na pełny gigabit to nie tylko kwestia aktualizacji oprogramowania u klienta. To przede wszystkim wymóg potężnej infrastruktury fizycznej, która musi sprawnie operować nad naszymi głowami.
Potężne satelity V3 i wyzwania infrastrukturalne
Za obietnicą gigabitowego internetu stoją nowatorskie satelity Starlink V3. Są to prawdziwe technologiczne monstra, które po rozłożeniu swoich paneli słonecznych osiągają rozmiary samolotu pasażerskiego Boeing 737. Ich kluczową zaletą jest fakt, że oferują aż dziesięciokrotnie większą przepustowość sieciową niż masowo wykorzystywane urządzenia starszej generacji V2.
Główny problem polega jednak na tym, że tak kolosalne obiekty mogą zostać wyniesione na niską orbitę okołoziemską wyłącznie przez najpotężniejszą rakietę w arsenale firmy – Starship.
Najbliższy kluczowy lot tej maszyny, zaplanowany na 28 września, ma wynieść pierwszą partię nowych satelitów. Mimo to, twórcy sieci studzą nadmierne emocje. Ta inauguracyjna paczka satelitów V3 zwiększy całkowitą przepustowość globalnej sieci zaledwie o 3 procent.
Zanim więc gigabitowy Starlink stanie się ogólnodostępnym standardem na świecie i w Polsce, na orbicie musi najpierw zaparkować potężna armada tych nowoczesnych maszyn.

