Maj 2026 roku przyniósł nam niemałą niespodziankę w świecie nowych technologii. Użytkownicy zaktualizowanego Google Chrome w wersji 148 ze zdziwieniem odkryli, że gigant z Mountain View bez słowa ostrzeżenia rezerwuje sporą część ich dysków twardych.
Okazuje się, że najnowsza odsłona popularnej przeglądarki potajemnie pobiera paczkę danych o rozmiarze około 4 GB, bezpośrednio powiązaną ze sztuczną inteligencją. Sprawa wywołała ogromne poruszenie w całej sieci, zwłaszcza wśród europejskich i polskich internautów, którzy są wyjątkowo wyczuleni na punkcie RODO i ochrony prywatności.
Czy rzeczywiście mamy się czego obawiać i dlaczego Google zdecydowało się na tak radykalny krok?
Niespodzianka na dysku, czyli gigabajty danych pobierane w tle
Aferę nagłośnił znany badacz cyberbezpieczeństwa, Alexander Hanff, działający w sieci pod pseudonimem „That Privacy Guy”. Zauważył on podczas rutynowych testów, że przeglądarka po cichu zasysa na dysk plik o nazwie weights.bin, ważący aż 4 GB.
Jak szybko ustalił, jest to kluczowy element lokalnego systemu sztucznej inteligencji, w całości oparty na flagowym modelu Gemini Nano. Mechanizm ten został zaprojektowany, aby obsługiwać nowoczesne funkcje AI bezpośrednio na naszym komputerze, bez ciągłego łączenia się z chmurą. Hanff udowodnił, że przeglądarka najpierw weryfikuje, czy nasz sprzęt spełnia wymogi wydajnościowe, a następnie rozpoczyna pobieranie tego potężnego pliku w tle, gdy urządzenie akurat nie jest aktywnie wykorzystywane.
W jego testach przeprowadzonych na komputerach Mac, cały proces trwał zaledwie czternaście minut. Co najgorsze, użytkownik nie otrzymał najmniejszego powiadomienia, nie wspominając o prośbie o wyrażenie zgody na tak duże zużycie cennego transferu danych i miejsca na dysku.
Znikająca klauzula prywatności i oficjalne stanowisko Google
Oprócz narastających obaw o zużyty pakiet internetowy, ogromny niepokój wzbudziła inna, znacznie bardziej subtelna zmiana. W dokumentacji Chrome 148 usunięto sformułowanie gwarantujące, że lokalne dane nie będą wysyłane na zewnętrzne serwery. To oczywiście momentalnie wywołało lawinę spekulacji na temat potencjalnej inwigilacji.
Firma Google postanowiła jednak błyskawicznie zabrać głos i ostudzić gorące nastroje. Przedstawiciele technologicznego giganta kategorycznie zapewniają, że żadne z naszych zapytań kierowanych do wbudowanej sztucznej inteligencji nie trafiają na serwery Google, a same obliczenia odbywają się lokalnie. Skąd w takim razie ta nagła zmiana w polityce prywatności? Według korporacji, poprzedni zapis był po prostu zbyt ogólnikowy i wprowadzający w błąd. Nowa wersja przeglądarki oddaje w ręce twórców nowe narzędzia programistyczne.
Oznacza to, że chociaż sam silnik AI operuje fizycznie na naszym sprzęcie, witryny internetowe korzystające z nowego API mogą przetwarzać i wysyłać zapytania ściśle według ich własnych polityk prywatności.
Ekologia, transfer i całkowity brak transparentności
Mimo uspokajających komunikatów o ostatecznym bezpieczeństwie, eksperci i krytycy technologiczni pozostają nieugięci. Zasadniczym zarzutem względem amerykańskiej korporacji jest kompletny brak transparentności działania. Użytkownicy nad Wisłą nie zostali w żaden jasny sposób uprzedzeni o wprowadzanej nowości.
Takie milczące pobieranie olbrzymich plików to nie tylko spory kłopot dla posiadaczy starszych laptopów z małymi nośnikami SSD, ale też niepotrzebne obciążenie sieci rodzące pytania o ekologiczny ślad cyfrowy. Warto wyraźnie podkreślić jeszcze jeden, niezwykle istotny dla użytkowników fakt. Zwykłe, ręczne usunięcie tych ogromnych folderów AI z poziomu systemu operacyjnego kompletnie nic nie da – przeglądarka Chrome i tak uparcie pobierze je ponownie przy pierwszej lepszej okazji.
Jedynym skutecznym ratunkiem pozostaje zagłębienie się w ukryte, eksperymentalne ustawienia przeglądarki i stanowcze wyłączenie nowej funkcji. Choć intencje optymalizacji były bez wątpienia dobre, a przeniesienie zadań z chmury na nasz komputer sprzyja zachowaniu poufności, to sama forma wdrożenia tej nowinki technicznej pozostawia niesmak.

