Czy jesteście gotowi zapłacić za topowy chiński smartfon tyle, co za najdroższego iPhone’a w wersji Pro? To już nie są czcze spekulacje, a brutalna rynkowa rzeczywistość, która właśnie puka do naszych drzwi. Lu Weibing, prezes Xiaomi, podczas niedawnej transmisji na żywo przekazał wieści, które z pewnością nie ucieszą polskich konsumentów w drugiej połowie 2026 roku.
Z jego słów jasno wynika, że ceny absolutnie najwyższych modeli z Państwa Środka mogą za chwilę przekroczyć psychologiczną barierę 10 tysięcy juanów. W przeliczeniu na polskie warunki, po doliczeniu rodzimych podatków i marż, oznacza to wydatki rzędu bagatela 6000 złotych.
Za ten drastyczny skok odpowiadają rosnące w szalonym tempie ceny pamięci DRAM oraz flash NAND, których producenci sprzętu nie są już w stanie dłużej brać na własne barki.
Sztuczna inteligencja bezlitośnie winduje koszty
Wbrew pozorom głównym winnym nie jest tu wcale rynek mobilny, a globalny wyścig zbrojeń w sektorze sztucznej inteligencji. Prognozuje się, że globalne dostawy serwerów AI wzrosną w 2026 roku o ponad 28 procent. Producenci podzespołów, tacy jak Samsung, SK Hynix czy Micron, masowo przekierowują swoje moce przerobowe na produkcję pamięci HBM dla wielkich centrów danych, gdzie marże są nieporównywalnie wyższe niż w elektronice użytkowej.
W efekcie moduły używane w smartfonach drożeją w oczach. Prezes Xiaomi zdradził szokujące liczby: skompletowanie pamięci dla wersji z 12 GB RAM i 512 GB przestrzeni na dane kosztuje dziś firmę o blisko 850 złotych (1500 juanów) więcej niż jeszcze w pierwszym kwartale 2025 roku. To niemal czterokrotny wzrost kosztów, który całkowicie demoluje wypracowaną przez lata strategię atrakcyjnej wyceny. Niestety, ten cenowy koszmar ma potrwać przez cały rok 2027, a być może odczujemy go nawet w 2028.
Koniec mitu pogromcy flagowców w przystępnej cenie
Podwyżki to nie jest jedynie pieśń przyszłości. Wypatrując okazji na sklepowych półkach, zauważycie to sami – już w kwietniu Xiaomi cicho podniosło ceny modeli Redmi K90 Pro Max oraz serii Turbo 5. Ponadto konkurenci tacy jak OPPO, OnePlus, Vivo, iQOO czy Honor oficjalnie wprowadzili podwyżki rzędu 300 do nawet 600 złotych (500–1000 juanów) na wybrane urządzenia.
Co niezwykle ciekawe, mimo że globalne dostawy smartfonów mają według analityków z IDC spaść w tym roku o blisko 12,9 procent, podstawowe prawa ekonomii przestały tu działać. Niższy popyt zazwyczaj oznacza przeceny, jednak w obecnej sytuacji całą technologiczną nadwyżkę pożerają systemy AI.
Najlepszym dowodem rynkowej niestabilności jest czekający na premierę Xiaomi 17 Max – jego ostateczna kwota na metce wciąż jest tematem gorących wewnętrznych debat, co na tak późnym etapie produkcyjnym zdarza się niezwykle rzadko.
Magiczna bariera, za którą niepodzielnie rządzi Apple
Przekroczenie pułapu 6000 złotych za flagowca z Androidem to dla chińskich marek stąpanie po bardzo kruchym lodzie. Do tej pory budowały one swoją międzynarodową i polską potęgę na oferowaniu specyfikacji dorównującej sprzętowi z logo nadgryzionego jabłka, ale w odczuwalnie niższej cenie (zazwyczaj w przedziale 3500–5000 zł).
Wejście w półkę cenową zarezerwowaną dotąd niemal wyłącznie dla Apple całkowicie niszczy tę narrację i przenosi azjatyckie marki do zupełnie nowej, niezwykle trudnej ligi psychologicznej. Przy takich kwotach bezpośrednie porównania rzadko działają na korzyść pretendentów. Pytanie, czy lojalni klienci, przyzwyczajeni przez ostatnią dekadę do rewelacyjnego stosunku jakości do ceny, po prostu zaakceptują nową rzeczywistość i sięgną głębiej do portfela, pozostaje wciąż bez odpowiedzi.

