Zawsze było tak samo – na rynek trafiał podstawowy procesor, a tuż po nim warianty na sterydach dla najbardziej wymagających użytkowników. Tym razem technologiczny gigant zrywa z wypracowaną przez lata tradycją.
Najnowsza generacja układów Apple M6 przyniesie sporo innowacji, ale całkowicie ominie najpotężniejsze konfiguracje. Zamiast tego projektanci od razu przeskoczą do generacji M7. Co ten nagły zwrot akcji oznacza dla profesjonalistów i entuzjastów technologii nad Wisłą?
Niespodziewana zmiana planów i skok prosto do generacji M7
Do tej pory każdy debiut bazowego krzemu od twórców iPhone’a wiązał się z niemal natychmiastową premierą jego mocniejszych braci. Tym razem czeka nas jednak ogromna niespodzianka. Zamiast wyczekiwanych układów M6 Pro oraz M6 Max, firma zaprezentuje od razu modele M7 Pro i M7 Max, debiutujące w przyszłości równolegle z podstawowym procesorem M7.
To absolutny ewenement w historii całej linii sprzętowej, co mocno sugeruje, że decyzja zapadła na najwyższych szczeblach w trybie awaryjnym. Zbiega się to niefortunnie w czasie z niedawnymi, bardzo bolesnymi dla naszych portfeli podwyżkami.
Wszystkie laptopy w ofercie zauważalnie podrożały, a rynkowe anegdoty głoszą, że pewien przezorny kupiec zaoszczędził równowartość niemal dwunastu tysięcy złotych, inwestując w topową konfigurację z czipem M5 Max zaledwie tydzień przed drastyczną zmianą cennika.
W obliczu wahań kursu dolara i polskich warunków gospodarczych, brak potężniejszych wariantów „szóstki” to bolesny cios dla krajowych montażystów i programistów, którzy planowali tegoroczną aktualizację swoich stacji roboczych.
Co z przeprojektowanym MacBookiem Pro z ekranem OLED?
Brak najmocniejszych procesorów w tegorocznym harmonogramie stawia pod ogromnym znakiem zapytania premierę całkowicie przeprojektowanych komputerów przenośnych. Wyczekiwane maszyny wyposażone w zjawiskowe matryce OLED najprawdopodobniej zaliczą bolesne opóźnienie aż do końca 2027 roku.
Wcześniejsze specyfikacje sprzętowe jednoznacznie wskazywały, że nowa obudowa i zachwycający głęboką czernią ekran będą zarezerwowane wyłącznie dla urządzeń napędzanych wersjami Pro i Max szóstej generacji. Skoro te ostatecznie wyleciały z grafiku, logicznym staje się, że innowacyjny design trafi do konsumentów dopiero w pakiecie z układami z rodziny M7.
Dla polskiego klienta oznacza to konieczność uzbrojenia się w anielską cierpliwość i kolejny rok pracy na dotychczasowych ekranach.
Mimo braku najmocniejszych wersji, układ M6 nadal intryguje
Powyższe przetasowania nie oznaczają na szczęście, że w tym roku w ogóle nie zobaczymy fascynujących nowości. Podstawowy procesor M6 trafi na pokład odświeżonego, 14-calowego modelu, oferując całkiem odczuwalny skok wydajności. Główne zmiany obejmują jeszcze lepszą ujednoliconą architekturę pamięci oraz mocno zmodernizowany moduł odpowiadający za uczenie maszynowe.
Otrzymamy również znacznie zoptymalizowane wsparcie dla sprzętowego kodowania i dekodowania formatów wideo, co docenią zwłaszcza polscy twórcy internetowi. Graczy oraz entuzjastów sztucznej inteligencji z pewnością najbardziej ucieszy kompletnie przeprojektowany układ graficzny, oferujący aż dwanaście rdzeni – to o dwa więcej niż w poprzedniej generacji.
Zagwarantuje to płynniejszą zabawę w nowszych tytułach oraz potężniejszy zapas mocy do lokalnych obliczeń AI. Mimo że bazowa „szóstka” zapowiada się na niezwykle solidny kawałek technologii, wizja braku modeli dedykowanych profesjonalistom w bieżącym roku pozostawia na rynku ogromną pustkę.

