Fani kompaktowych tabletów z logo nadgryzionego jabłka mają powody do ogromnej radości, ale jednocześnie do sporego narzekania. Zgodnie z najnowszymi informacjami z branży, kolejna generacja niezwykle popularnego sprzętu zadebiutuje pod koniec 2026 roku i wreszcie otrzyma długo wyczekiwany ekran OLED.
Zmiana technologii matrycy to zawsze fenomenalna wiadomość dla miłośników multimediów, którzy domagali się tego ulepszenia od lat. Niestety, entuzjazm wynikający z nieskończonej czerni może błyskawicznie zgasnąć, gdy zdamy sobie sprawę, że amerykański gigant technologiczny postanowił po raz kolejny drastycznie zaoszczędzić na jednym z najbardziej kluczowych parametrów dla współczesnych użytkowników.
W polskich realiach, gdzie nowe urządzenia Apple potrafią kosztować krocie, takie kompromisy są wyjątkowo bolesne.
Krok naprzód w kolorach, ale powielanie starych błędów
Wiele wskazuje na to, że nadchodzący iPad mini 8 zostanie wyposażony w 8,4-calowy ekran zbudowany w oparciu o technologię hybrydowego OLED-a z matrycą LTPS. Oznacza to z pewnością ogromny skok jakościowy względem dotychczas stosowanych, mocno wysłużonych ekranów LCD Liquid Retina.
Użytkownicy wreszcie mogą liczyć na perfekcyjne odwzorowanie barw oraz rewelacyjny kontrast, co natychmiast docenią zarówno kinomaniacy pochłaniający seriale w pociągach, jak i zapaleni mobilni gracze. Niestety pojawia się tutaj ogromny szkopuł, ponieważ Apple zamierza zastosować panel o stałym odświeżaniu 60 Hz, odrzucając znacznie bardziej zaawansowaną technologię LTPO. W praktyce oznacza to, że przewijanie stron internetowych czy systemowe animacje pozostaną na dokładnie tym samym, mało płynnym poziomie, co w obecnej siódmej generacji tabletu.
Choć sercem urządzenia ma być potężny, nowoczesny procesor A19 Pro, który bez najmniejszego problemu uciągnąłby błyskawiczną responsywność, sprzęt zostanie w sztuczny sposób ograniczony.
Konkurencja z Androidem nie bierze jeńców
Brak wyższej częstotliwości odświeżania to potężny cios dla osób, które oczekują od nowoczesnego sprzętu bezkompromisowego działania. Decyzja o zablokowaniu ekranu na poziomie 60 Hz stawia nowego iPada mini w bardzo niekorzystnym świetle na tle prężnie rozwijającej się konkurencji ze świata Androida.
Na polskim rynku bez żadnego problemu znajdziemy dziś znacznie tańsze urządzenia, które oferują o wiele przyjemniejszy dla oka obraz. Świetnym przykładem mogą być podstawowe modele z uznanej serii Samsung Galaxy Tab S czy chociażby mniejszy Oppo Pad Mini, który może pochwalić się imponującym odświeżaniem na poziomie aż 144 Hz.
W zderzeniu z tak wyśrubowanymi parametrami, najnowszy kompaktowy tablet Apple, pomimo swojej astronomicznej wydajności i legendarnej optymalizacji, może wydawać się po prostu przestarzały już w samym dniu rynkowej premiery.
Dlaczego Apple skąpi na odświeżaniu w nowym modelu?
Odpowiedź na to kontrowersyjne pytanie sprowadza się prawdopodobnie do brutalnej polityki produktowej oraz surowego zarządzania łańcuchem dostaw. Producent z Cupertino musi w jasny sposób odróżnić swoje tańsze urządzenia od potężnej i niezwykle drogiej linii iPad Pro, która już teraz z powodzeniem wykorzystuje dynamiczne odświeżanie ProMotion od 10 Hz do 120 Hz na genialnych, podwójnych matrycach Tandem OLED.
Z drugiej jednak strony, takie bezpardonowe cięcie kosztów staje się w dzisiejszych czasach coraz trudniejsze do racjonalnego wytłumaczenia klientom. Biorąc pod uwagę mocne przesłanki, że nawet podstawowy iPhone 17 doczeka się wreszcie upragnionego ekranu 120 Hz, ograniczenie nadchodzącego iPada mini 8 do archaicznych 60 Hz wydaje się krokiem całkowicie nielogicznym. Konsumenci z pewnością docenią kinowe kolory nowego wyświetlacza, lecz codzienna przesiadka z szybkiego smartfona na „szarpiący” ekran najnowszego tabletu będzie dla wielu z nich niezwykle irytującym doświadczeniem.

